Rudy Ogon (rudy_ogon) wrote,
Rudy Ogon
rudy_ogon

Rok 1920 i wojna z bolszewikami oczami szeregowego. Z pamiętników Władysława Kocota [część 1]


Plakat propagandowy: Franciszek Nieczuja-Urbański, „Do broni! Tak wygląda wieś polska zajęta przez bolszewików”

to zazwyczaj pasjonująca literatura, tym bardziej jeśli to relacje świadków, którzy znajdowali się w centrum wydarzeń. Ich atrakcyjność wzrasta jeśli są to opowieści szczere i dociekliwe, nie koniecznie z wielką polityką w tle. Tę przyjemność mamy czytając „ i korespondencję” Władysława Kocota z wojny polsko-bolszewickiej i drugiej wojny światowej. Wielkie wydarzenia widzimy oczami prostego żołnierza. Jest to relacja, w której skrupulatnie i szczerze opisuje nie tylko swój udział w zawieruchach wojennych, nie unika także refleksji na tematy osobiste. O unikalności jego pamiętników świadczy fakt, że są one przekrojową relacją z dwóch oddalonych w czasie, ale przecież podobnych wydarzeń.

Kilka słów o autorze. Władysław urodził się 15 lipca 1900 roku w mazowieckiej wsi Szczeglin Poduchowny w wielodzietnej i ubogiej rodzinie chłopskiej. Mimo biedy i przeszkód ze strony carskiej administracji rodzice postarali się, aby zapewnić mu solidne wykształcenie. Naukę – jakbyśmy to dziś określili początkową – rozpoczął w tajnej szkole ludowej w Szczeglinie Poduchownym (lekcje odbywały się tylko zimą w prywatnych domach uczniów, a nauczyciela w tym czasie musieli utrzymywać ich rodzice). W latach 1912-1915 roku uczył się w carskich szkołach rządowych w Gąsewie i Sypniewie, gdzie ukończył trzy oddziały i zdał egzamin końcowy. Naukę kontynuował po zakończeniu I wojny światowej: w Pułtusku dwuletnią szkołę ukończył w ciągu pół roku, a następnie został przyjęty do miejscowego Państwowego Seminarium Nauczycielskiego. W lipcu 1920 roku, kiedy bolszewicy zbliżali się do Warszawy, na ochotnika wstąpił do wojska polskiego. W szeregach 13 pułku piechoty przeszedł cały szlak bojowy od Rembertowa aż po zachodnią Ukrainę. Po demobilizacji ukończył pułtuskie Seminarium Nauczycielskie, gdzie w 1923 roku otrzymał świadectwo maturalne..

Do 1939 roku, nieustannie podnosząc swoje kwalifikacje, piastował funkcje kierownicze w Szkołach Powszechnych w powiecie Maków Mazowiecki. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany do 13 pułku piechoty, który bronił twierdzy Modlin. Po kapitulacji rozpoczęła się jego tułaczka po obozach jenieckich: do listopada 1939 roku przebywał w Działdowie, do stycznia następnego roku w Prenzlau w Meklemburgii, następne pół roku spędził w obozie w Kluczborku, w końcu znalazł się w Offlagu VII A w Murnau w Górnej Bawarii, gdzie przebywał do końca wojny. W niewoli nie tylko spisywał swoje pamiętniki, ale także poszerzał swoje kwalifikacje zawodowe (w Murnau ukończył Wyższy Kurs Nauczycielski w grupie geograficzno-przyrodniczej). Po powrocie do kraju został kierownikiem szkoły w Drążewie, którą organizował od podstaw, i którą – mimo komunistycznych szykan – kierował aż do przejścia na emeryturę w 1970 roku. był też aktywnym animatorem życia społecznego i badaczem kultury i historii regionu m.in. współpracował z prof. Witoldem Doroszewskim w gromadzeniu materiałów do „Słownika Gwar Mazowsza i Podlasia”. Za wybitną działalność zawodową i społeczną został w 1994 roku wyróżniony tytułem Honorowego Obywatela Miasta Mławy. Był kilkunastokrotnie odznaczany, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Władysław zmarł 22 września 2000 roku.

Kocot spisywał swoje pamiętniki – zarówno z wojny 1920 roku, jak i niewoli niemieckiej – na bieżąco, co zwiększa ich wiarygodność. Ukazały się one dzięki inicjatywie i wytrwałości córki autora, Donaty Kocot-Bończak, która we współpracy z Radosławem Lolo z Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku oraz kierownikiem pułtuskiego oddziału Archiwum Państwowego m. st. Warszawy Krzysztofem Wiśniewskim nie tylko przekazała rękopis ojca do zbiorów APW OP, ale zgodziła się na ich publikację i uczestniczyła w przygotowaniu ich do druku. Słowa uznania należą się także wydawcom, którzy dołożyli starań, aby „Pamiętniki…” Władysława Kocota udostępnić nie tylko zawodowym historykom, ale szerokiemu kręgowi czytelników interesujących się nie tylko historią Polski, ale także regionu Mazowsza. „Pamiętniki i korespondencja” Kocota składają się z siedmiu części: w pierwszej znalazły się zapiski autora dotyczące jego dzieciństwa i młodości, w drugiej – pamiętnik z roku 1920, trzecia to dziennik wojenny od 30 sierpnia do 17 października 1939 roku, w czwarta i piąta zawiera pamiętniki jenieckie i korespondencję autora z lat 1939-1944, dwa aneksy (Księga pamiątkowa rodziny Kocotów i tablice genealogiczne) stanowią części zamykające publikację. Wydawcy, prócz opatrzenia „Pamiętników i korespondencji” Kocota  kompetentnym  aparatem krytycznym, postarali się także o ich szatę graficzną: ilustracją tekstu jest kilkadziesiąt fotografii z archiwum rodzinnego Kocotów. Nie ulega wątpliwości, że lektura „Pamiętników i korespondencji” Władysława Kocota to ważne źródło zarówno dla profesjonalnych historyków oraz czytelników interesujących się historia Polski XX wieku.

Dzięki uprzejmości wydawców na portalu Kresy24.pl publikujemy wspomnienia Władysława Kocota z wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku.

Wakacje

Po skończonym roku szkolnym 1919/1920 z nadejściem wakacji, mając promocję na kurs III. Państwowego Seminarium Nauczycielskiego, wróciłem do rodzinnej wioski Szczeglina Poduchownego gm. Sypniewo, pow. Maków Mazowiecki i zacząłem spędzać zasłużony wypoczynek. Zabrałem się do pracy fizycznej i pomagałem jak dawniej rodzicom i rodzeństwu około gospodarstwa domowego i w polu. Dni płynęły mi spokojnie, beztrosko i wesoło wśród swoich domowników, sąsiadów, rówieśników, znanych drzew, łąk, pól i całej w tym czasie cudnej przyrody. Ciszę tę i radość życia wiejskiego jednak czasami prze­rywały złowrogie wieści nadeszłe z pola walki od wschodu Rzeczypospolitej, gdzie dzielne wojska polskie mężnie walczyły pod wodzą swego ukochanego „Dziadka” – Józefa Piłsudskiego, z rosyjskimi bolszewikami – komunistami.

Wiadomości z frontu były dla mnie i mojej rodziny tym ważniejsze, że w Legionach polskich na froncie, tam gdzieś za Lidą mieliśmy dwóch braci w 6 pp, 8 kompania. Rodzony brat Franciszek Kocot i stryjeczny Wincenty Kocot. Obaj bracia byli z rocznika 1898 i poszli do wojska polskiego z pierwszym poborem po uzyskaniu niepodległości państwa polskiego. Lękaliśmy się o ich życie. A tu wieści ustne i przez prasę nadchodziły z każdym dniem groźniejsze o niezwy­ciężonych hordach bolszewickich i o ich okrucieństwach. W odpowiedzi cały naród polski stanął pod rozkazami swego ukochanego Komendanta Józe­fa Piłsudskiego, aby bronić nowopowstałej ukochanej Ojczyzny. Po miastach i wioskach pisało na murach domów, chodnikach i rozbrzmiewało w powietrzu jedno tylko wołanie: „Wstąp do wojska”! „Ojczyzna w niebezpieczeństwie”. Wie­śniacy, mimo czaru przyrody wakacyjnej, grabili siano i koniczyny w zadumie i posępni, bo nie pewni, czy te zbiory skarmią własnym dobytkiem. A może pracują na próżno, może wszystko pójdzie z dymem? Wszak wojna!

Pod takim wrażeniem i w rozmowie o wojnie polsko-bolszewickiej w dniu 14 lipca 1920 r. po południu w polu grabiłem przelot nasienny z ojcem i siostrą Franciszką. Wtem sąsiadów dróżką (Klików) jechał rowerem uczeń gimnazjum pułtuskiego, a mój kolega Jan Gosiewski z Drążdżewy Folwark gm. Krasnosielc. Spotkaliśmy się. Rozmawialiśmy krótko. Oświadczył mi, że celowo skręcił przez Szczeglin Poduchowny, to jest przez moją wieś, ażeby mnie powiadomić, że starsi uczniowie gimnazjum i seminarium idą na ochotnika do wojska na bolszewików. My jako harcerze drużyn pułtuskich mamy pójść razem. Pojutrze rano dnia 16 lipca 1920 roku wymarsz z Pułtuska do Warszawy. To rzekłszy, pożegnał się i pojechał do Drążdżewy na pożegnanie z rodziną. Wróciłem grabić przelot. Robota już mi tak nie szła. Rozmyślałem, jak mam załatwić z rodzicami, ażeby Ci zezwolili mi pójść na ochotnika do wojska.

Postanowiłem nie mówić prawdy. Toteż na zapytania ojca, „kto to był na rowerze i czego chciał ode mnie” odpowiedziałem, że kolega zawiadomił mię o zbiórce skautowskiej, która pojutrze to jest 16 lipca o godz. 8 rano odbędzie się w Pułtusku. Jednocześnie oświadczyłem przy siostrze, że stanowczo mu­szę jechać, bo będzie trzydniowa wycieczka. Dzień piętnasty lipca jako dzień moich urodzin spędziłem jeszcze w domu na przygotowywaniu się w podróż. Rodzina się wiele nie sprzeciwiała mojemu wyjazdowi, bo była pewna, że po trzydniowej wycieczce harcerskiej wrócę do domu. Jedna moja matka przeczuła sercem, że coś ukrywam. Dziwiła się dlaczego na trzy dni zabieram zaraz duże szczotki, bielizny trzy pary, dwa ręczniki, mydło i inne drobiazgi, pełen plecak. Odgadła moje zamiary i skrycie popłakiwała. Jednak przeszkód nie robiła. Sama wszystko poszykowała i pytała się wciąż: „Co ci jeszcze bę­dzie potrzebne na tej wycieczce?”. Na szykowaniu upłynął dzień. Wcześnie położyłem się spać.

Na drugi dzień, to jest 16 lipca o godz. 5 po północy, pożegnawszy się z ukochaną matką i rodzeństwem, wyruszyłem z domu z ojcem własną furman­ką do Pułtuska, aby tam stawić się na rozkaz „Miejscowej Komendy”. W zeszły czwartek było zebranie uczennic i uczniów Państwowego Seminarium Nauczycielskiego w Pułtusku i postanowiono, abyśmy jako ochotnicy wstępowali do wojska. Pomimo nieobecności grona nauczycielskiego podówczas w Pułtusku, zebranie słuchaczy postanowiło: „wszyscy chłopcy zdolni do noszenia broni mają niezwłocznie wstąpić do szeregów, a szkoła ma być czynną dopiero po naszym powrocie”. Nie mogłem pozostać obojętnym na takie wezwanie. Jadę. Na furmance kombinuję, jak będzie najlepiej oznajmić ojcu o moim prawdziwym zamiarze. Przecież muszę, choć w ostatniej chwili przyznać się ojcu, że na­prawdę jadę na ochotnika do wojska polskiego, a nie na wycieczkę harcerską. W Szelkowie zagadnąłem ojca, że może się wróci do domu. Dalej pójdę piecho­tą. Na to otrzymałem odpowiedź: „Jeszcze się nalecisz. Podwiozę cię jeszcze z kawałek”. Takie pytanie powtórzyłem jeszcze kilka razy, na które znów otrzy­mywałem powyższą odpowiedź. Jechaliśmy dalej, aż do wsi Boby. Z dala od wioski zatrzymała się fura (na skręcie szosy).

Daliśmy koniom jeść i sami wzięliśmy się za śniadanie. Godzina była 9 rano. Jedliśmy czarny, razowy chleb z jajkami gotowanymi na twardo. Odpoczynek się skończył. Mając plecak na wozie, a w nim wszystko potrzebne do drogi, za jednym tchem wypowiedziałem ojcu: „ja nie na wycieczkę harcerską idę i nie na trzy dni, ale idę do wojska polskiego na ochotnika”. Ojciec się rozgniewał. Zaczął krzyczeć, wymyślać mi i nie dokończywszy jeść chleba, szykuje konie, zawraca i rozkazuje mi siadać na wóz i jechać do domu. Ja nic nie mówię, tylko stoję i słu­cham, aż się ojciec wykrzyczy i uspokoi. Takie podejście z mojej strony było do­bre. Ojciec powoli się uspokoił. Już nie krzyczał potem, ale tłumaczył, że może na śmierć idę dobrowolnie, więc prosił abym wracał. Namówić się nie dałem. „Muszę iść do Pułtuska” odpowiedziałem. Ojciec, widząc moje mocne postanowienie, na­rzekał tylko, że na stare lata wyprowadziłem go w pole, bo do swojej biedy jeszcze mię sam wywiózł pod . Jednak za wszystko przeprosiłem ojca i rozstaliśmy się bardzo dobrze. Na odjezdnym przy rozstaniu się prosiłem jeszcze ojca, żeby na razie nie mówił prawdy matce i rodzeństwu. Zresztą ja sam jeszcze nie byłem pew­ny czy zostanę przyjęty do wojska, gdyż byłem małego wzrostu. Po rozstaniu się z ojcem doznałem dziwnego uczucia. Zrobiło mi się żal ojca, matki i wszystkiego, co porzucałem dobrowolnie. Stale oglądałem się poza siebie i patrzyłem jak daleko ujechał ojciec. Było mi smutno samemu. Jednak na myśl, że w Pułtusku mogą cze­kać na mnie, albo mogę się spóźnić i zostać, przyspieszyłem kroku.

Po przybyciu do Pułtuska zaraz zgłosiłem się do Komitetu i otrzymałem jeszcze tego dnia, to jest 16 lipca 1920 roku: mydło, bieliznę, chleb, chusteczkę do nosa, suchary i inne drobiazgi, które miały mi służyć w pierwszych chwi­lach naszego pobytu w wojsku. W sobotę po Mszy Świętej, która odbyła się w kościele farnym, ruszył nasz oddział szkolny z orkiestrą na czele do statku. Za nami zaś ludność Pułtuska. Mile i serdecznie byliśmy żegnani przez publicz­ność i obsypywani kwiatami. Statkiem zajechaliśmy do Zegrza, a później koleją do Warszawy, gdzie zatrzymano nas w Cytadeli.

W koszarach spałem wysoko na pryczy. Śmiać mi się chciało z takie­go łóżka. Wkrótce przyzwyczaiłem się do niego. A że przypadła mi w udziale sala na drugim piętrze, przeto z niej, a zwłaszcza z wysokiej pryczy miałem przecudny widok na Wisłę. Na jej widok z piersi wyrwał się mimowolny okrzyk: Wisła! Modra Wisła! Królowa rzek Polski! Zobaczyłem ją pierwszy raz i wydała mi się bardzo bliską i majestatycznie piękną! Widok jej przywołał mi na pamięć wszystkie wierszyki o niej, poznane w szkole. Wszystkie piosenki śpiewane o Wiśle i podania, aż do królewny Wandy! Z takimi myślami zasnąłem późną
nocą. W niedzielę, to jest 17 lipca w liczbie pięciu kompanii ochotników udaliśmy się na Plac Saski i tu się odbył przegląd przez generała Hallera Józefa. Po skończonym nabożeństwie i po defiladzie wróciliśmy do Cytadeli, gdzie nas stale dzielono na oddziały, poczem wysyłano na front.

W poniedziałek, to jest 18 lipca musieliśmy stawić się w biurze Cytadeli na komisję wojskową przy 21 pp, kto jest zdolny do noszenia broni. Jednocze­śnie komisja wymagała od nas, abyśmy przedłożyli jej na piśmie zezwolenie rodziców, jako że się zgadzają, aby syn wstąpił do wojska na ochotnika. Ponieważ byliśmy wszyscy prawie nieletni, a nikt z nas podobnego zaświadczenia nie miał, więc wpadliśmy na pomysł i jeden drugiemu takie zaświadczenie pisał. Okazały się dobre. Mnie napisał kolega i sąsiad z wioski Zygmunt Krupiński, a ja jemu. W ten sposób ostatecznie byliśmy żołnierzami-ochotnikami wojska polskiego. Dnia 19 lipca otrzymaliśmy umundurowanie i broń. Otrzymałem mundur i spodnie wełniane, kamasze, owijacze, czapkę maciejówkę, pas parcia­ny i bieliznę. Wszystko nowe. Do munduru przyczepiłem kokardkę ochotniczą i krzyż harcerski III-go stopnia.

Przez pierwsze kilka dni nie było nam wolno wychodzić poza Cytadelę. Do­piero dnia 26 lipca otrzymałem pierwszą przepustkę na Warszawę. Natychmiast udałem się z kolegami z seminarium do pani nauczycielki Antoniny Zubelewicz, która na przechadzce zapoznawała nas z Warszawą. Byliśmy w Łazienkach, Ogro­dzie Botanicznym, na moście Kierbedzia i Poniatowskiego. Dzień 27 lipca zszedł mi na ćwiczeniach w Cytadeli. Dnia 28 lipca we wtorek już od samego rana w kompanii mojej panował jakiś dziwny nastrój. Dowódcy robili ciągłe spisy ludzi. Tego dnia wypadł mój dyżur, a ponieważ nie byłem na ćwiczeniach (bo dyżurny, czyli służbowy jest wolny od ćwiczeń), więc nie mogłem na razie zorientować się, o co właściwie rzecz idzie. Jednak przeczułem, że na pewno zostaniemy podzielni na kategorie, które zadecydują do jakiej broni mamy należeć.

Tak też i było. Moja 4-ta kompania wyszła z Cytadeli i udała się na Polną, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w budynku szkolnym Staszyca. Tu zaciągnięto nas do ksiąg ewidencyjnych, co zajęło czasu do 2 godz. po północy. Spaliśmy tylko do 4 godziny rano. Wszystkiego dwie godziny. Dnia 29 lipca, w środę nic nie jedliśmy do wieczora i dopiero w nocy podano zupę za śniadanie, obiad i kolację na ulicy Nowowiejskiej. Po tej uczcie wrócono nas znów do Cytadeli. Dnia 30 lipca spotkałem się z bratem stryjecznym Wickiem, żołnierzem, z którym już się nie widziałem od półtora roku. Toteż ucieszyłem się bardzo! Rozmawialiśmy na dziedzińcu Cytadeli długo. Od niego dowiedziałem się, że od maja do 1-go sierpnia bolszewicy posunęli się od Kijowa i Smoleńska pod Myszyniec, Łomżę, Ostrołękę, Siedlce itd.

Od 31 lipca do 14 sierpnia byłem nadal w Cytadeli. Czas upływał mi na ćwiczeniach wojskowych około krzyża, miejsca stracenia Romualda Traugutta, ostatniego wodza powstania styczniowego 1863 roku. W szeregach były ciągłe zmiany. Codziennie przychodziły całe grupy ochotników starych i młodzieży. Tu byli mundurowani, uzbrajani, kilka dni szkoleń i szli na front, nie znając często jak strzelać z karabinu i jak celować. Na właściwe szkolenie nie było czasu. Nieprzyjaciel zagrażał stolicy Warszawie. Ochotnicy, aczkolwiek nie byli wyszkoleni bojowo, to jednak posiadali ducha. Wierzyli w zwycięstwo oręża polskiego nad baciuchami [pogardliwie o bolszewikach – red.].

Osobiście muszę stwierdzić, że choć byłem stosunkowo dość długo w ko­szarach Cytadeli, to również z bronią nie byłem zapoznany. Poznałem tyl­ko zwroty, stawać na baczność, stawać w szeregu, dwuszeregu, rzędzie, faso­wać zupę, chleb, bieliznę i czasami makaron na sucho, który pewnej niedzieli w nieobecności kucharza, łapczywie chwytaliśmy z kotła, napełniając nim nie tylko menażki po czubek, ale nawet kieszenie w mundurze. Tak był smaczny makaron, a my głodni. Fasowaliśmy też jaja gotowane i śledzie, które niemal zawsze były zepsute i jako takie wylatywały przez okna z drugiego piętra w stro­nę Wisły. Jaja – zaparstki spadając na bruk hukały jak granaty, a zgniłe śledzie koziołkowały w rzekę.

Samo życie koszarowe było zmienne. Stale zmieniali się ludzie w kom­panii. Ja jeden byłem dość długo. Przy ciągłej organizacji nowych kompanii za­wsze byłem pozostawiony nadal w koszarach. Na front szli inni. Już i zły byłem na siebie za to ciągłe tkwienie w koszarach. Przypisywałem to temu, że byłem mały wzrostem i nie nadawałem się na front. Toteż przy następnym dzieleniu starałem się wspinać na palce, aby dorównać innym. Jednak znów zostałem. Pozostałem już sam w kompanii z obcymi ludźmi. Koledzy z Pułtuska już wymaszerowali z Cytadeli. Było mi więc przykro, a nawet smutno. Jednak musiałem słuchać rozkazu. W ten sposób w koszarach Cytadeli w Warszawie byłem przez cztery tygodnie, to jest od dnia 17 lipca do 13 sierpnia 1920 r. włącznie.

Ważniejszych wrażeń, prócz życia koszarowego, nie doznałem, chyba to, że przez trzy dni byłem chory na lewe ucho i leżałem na izbie chorych. Miałem wielki ból w uchu, omal nie płakałem. Przez kilka dni pisałem się do lekarza i stawałem do raportu. Ponieważ śladów choroby w uchu nie było widać i gorączki nie miałem, to i doktor nie brał mnie na izbę chorych. Kiedy już mię przyjął dzięki mojemu natręctwu (bo tak bardzo bolało), to znów nic nie leczył, a wreszcie po trzech dniach wrócił mię do kompanii. Choroba ucha jakoś mi sama przeszła. Stwierdziłem, że dla wojskowego lekarza ten tylko jest chory, kto ma ranę lub gorączkę. Reszta to łaziki, dekarze i nabieracze, dla których nie mają litości.

Po trzydniowym pobycie na izbie chorych to jest 10, 11 i 12 sierpnia 1920 roku, gdy niby już wyzdrowiałem, zaraz zostałem przydzielony do szkoły podoficerskiej przy 21 pp. Dnia 13 sierpnia miałem ze szkołą wyjechać do Poznania. Czekaliśmy na pociąg. Wszystko było gotowe do wyjazdu. Było już pod wieczór. Wyszedłem jeszcze za czemś na plac ćwiczeń i mimo woli spotkałem swojego ko­legę szkolnego Zdzisława Olkowskiego z Pułtuska. Ponieważ od dłuższego czasu nie widzieliśmy się obaj, więc witaliśmy się mile, wypytując jeden drugiego o po­wodzenie i przeżycia, tak iż w przeciągu kilku minut powiedzieliśmy sobie zdaje się wszystko! Lecz niestety, jak na początku spotkania była nagła radość, tak za kilka chwilek naszej rozmowy zjawiła się nagle wzajemna nienawiść. Wynikało to z tego: kol. Zdzisław Olkowski odchodził już na front, a tymczasem ja, będąc przydzielony do kompanii odjeżdżającej do szkoły podoficerskiej, miałem jeszcze tego wieczoru wyjechać ze szkołą do Poznania, a więc z dala od frontu. Za to więc, że wyjeżdżam do Poznania nazwany byłem przez niego łazikiem, dekarzem. Co więcej! Nie żegnając się, odchodzi, mówiąc, że jeśli kiedyś powrócimy do semina­rium, to za to już mi ręki nie poda, a także i inni koledzy.

Takie powiedzenie i obejście się jego oburzyło mnie bardzo i zabolało! I dziwnym mi się wydało to, że on czy nie chciał, czy też nie był zdolnym zrozumieć mojego stanowiska, że skoro zostałem żołnierzem, to muszę słuchać rozkazów i być tam, gdzie zostałem przeznaczony. Ostatecznie jego zarzuty wydały mi się niesłuszne i rzucone odruchowo, więc wzgardziłem nimi, a nawet nim samym. I nie żegnając się, idziemy każdy w swoją stronę. Po tym dziwnym zajściu, idąc do koszar, zły byłem na niego i na siebie. Szybko doszedłem do przekonania, do wniosku, że to, co było należy przypisać jedynie porywczej naturze nas obu. Żal mi się robi jego. Za tym wracam się, doganiam go i tak jakby nic nie zaszło, idziemy razem, mało tylko mówiąc. Tak doszliśmy do jego kom­panii. Tu spotykam wielu kolegów z seminarium i gimnazjum Pułtuska i Makowa Mazowieckiego, z którymi wyruszyłem statkiem do wojska. Wśród nich wydało mi się bardzo wesoło, dobrze, ciepło, swojsko! Toteż po dłuższym namyśle postanowiłem dołączyć do ich kompanii i razem z nimi pójść na front.

Najpierw zwierzyłem się z tym, to jest z tą myślą swojemu bratu stryjecz­nemu Wickowi, który był wtedy akurat w Cytadeli. A ponieważ on razem z bra­tem rodzonym Franciszkiem przeszli całą kampanię zdobywając z 6 pp Lidę, Wilno itd. oraz przeszli obaj odwrót zza Wilna, a nawet był przez kilka tygodni w niewoli bolszewickiej i tylko co przed dwoma tygodniami uciekł z niewoli, ten radził mi gorąco odstąpić od powziętego zamiaru. Lecz długo go o radę nie prosiłem. Przykazałem mu tylko nic nie wspominać o mnie przed rodzicami i o moim pójściu na front. Pożegnaliśmy się czule i za chwilę byłem już razem z kol. Zdzisławem Olkowskim i innymi kolegami ze szkoły w Pułtusku. Jed­nak bez broni i całego rynsztunku żołnierskiego oraz nie zapisany jeszcze na liście kompanijnej. Późnym wieczorem razem z kompanią wyfasowałem chleb i czarną kawę. Do kawy musiałem pożyczyć menażki, bo swoją razem z całym rynsztunkiem zostawiłem w kompanii szkolnej, która o tej porze może już jechała do Poznania. Przespałem się na twardych deskach obok któregoś kolegi. Ponieważ nie miałem własnego koca, tej nocy nieźle zmarzłem.

Na drugi dzień na placu Traugutta w Cytadeli fasowaliśmy amunicję. Było to 14 sierpnia o godz. 7 rano. Otrzymałem razem z kolegami 120 sztuk naboi, ale nie miałem gdzie ich schować, bo nie miałem jeszcze ani chlebaka, ani ple­caka, koca i broni. Więc w ostatniej chwili zameldowałem o tym panu kapitano­wi, dowódcy batalionu. A ponieważ był to człowiek morowy, więc natychmiast łapie starego kaprala, będącego przy biedce, czyli przy wózku sanitarnym, rozkazuje mu wydać mi karabin, bagnet, ładownicę, łopatkę, plecak i chlebak, nie pytając mi się wcale, dlaczego tego nie posiadam. Widocznie wystarczył mu widok mojej kokardy ochotniczej i krzyża harcerskiego, przypiętych na piersiach mundura [sic]. A może tak prosząco patrzyłem na niego? Mając broń, rynsztunek żołnierski i pozwolenie pójścia na front jeszcze dziś, już o wszystko inne byłem spokojny, choć co prawda szkoła podoficerska, to znaczy kompania szkolna już mię nigdy nie widziała. Poza tym nie umiałem się jeszcze dostatecznie obchodzić z karabinem, bo nas dotąd tego jeszcze nie uczono. Dotychczas ciągle tylko formowano nowe kompanie i wysyłano na front. Nareszcie szedłem i ja na front! Pomimo, iż nie mogłem jeszcze strzelać, a jednak w pochodzie przez ulice stolicy śpiewałem razem z kompanią na całe gardło!!!

W polu

Po stosunkowo krótkim pobycie w koszarach Cytadeli, bo jeszcze nie wszyscy żołnierze mogli się obchodzić z bronią, dnia 14 sierpnia batalion nasz wyruszył w pole. Skoro więc znaleźliśmy się za murami stolicy Warszawy, gdzie wzrok nasz mógł swobodnie bujać w przestrzeni widnokręgu, uczuliśmy się bardzo szczęśliwi!!! I błogo nam było w duszy! Każdy skwapliwie wciągał do płuc czyste powietrze, którego tak brakowało nam w koszarach Cytadeli. Po gościńcu, prowadzącym z Warszawy do Rembertowa śmiało i raźno posuwał się nasz oddział z panem majorem na czele.

Byliśmy dumni sami z siebie i zadowoleni. Niestety! Radość nasza była tylko chwilowa. Bo oto, po kilkugodzinnym marszu, nagle w czasie odpoczynku usłysze­liśmy pierwszy huk armatni, który był zwiastunem, iż tak blisko jest nieprzyjaciel o czym w koszarach dotąd nie wiedzieliśmy. Następnie usłyszeliśmy strzał dru­gi, trzeci, czwarty, dziesiąty. Już na odgłos pierwszego huku znikła w nas nagle ta wspaniała wesołość i radość, a na jej miejsce nastąpiły jakby: trwoga, smutek, lęk oraz złość na bolszewików, która przewyższyła i zagłuszyła pierwsze. Widok uciekinierów cywilnych i żołnierzy rozbitków naszych, ich opowiadania o nie­zwyciężonym nieprzyjacielu, o kozakach Budiennego, potęgował w nas trwogę. I gdyby nie spokojna twarz wodza naszego batalionu pana majora „białowąsa” (tak go nazywam, bo nie znam jego nazwiska, a miał jedną część wąsów białą a drugą ciemną), to w szeregach naszych ogromna dezorganizacja zrodziłaby się w jednej chwili. On właśnie jeden nie upadł na duchu ani chwili, ni odrobiny i z dawnym
spokojem prowadził swój batalion na wschód, właśnie tam, gdzie było widać rozry­wające się szrapnele w powietrzu. On „białowąs”, jadąc na czele batalionu, wyglądał jakby szydził z baciuchów i jakby wprost już wzywał ich do walki.

Z dnia 14 sierpnia na 15-tego noc wypadła nam jeszcze w Rembertowie. Dnia 15 sierpnia raniusieńko batalion nasz gotowy oczekiwał na rozkaz wyru­szenia ku okopom. W oczekiwaniu tym, w pogotowiu ostrym zeszedł nam jesz­cze cały dzień 15 sierpnia. Broń była złożona w kozły, a żołnierze odpoczywali i każdy przygotowywał się do bitwy. A bitwa wrzała w całej pełni na naszym odcinku. Przez cały dzień atakowali bolszewicy, a nasi ich odpierali. My słysząc ten grzmot strzelaniny na całym froncie, byliśmy posępni, zamyśleni.

Nastąpiło ogólne pisanie listów: do rodziny, kuzynów i znajomych. U niejednego piszącego można było zauważyć i łzy w oczach, a niejeden i rozpłakał się jak dziecko, bo zaprawdę i był jeszcze dzieckiem, bo był 16-to, 15-to, a nawet czternastoletni chłopak, który najczęściej uciekł po kryjomu z domu, bez wiedzy i zezwolenia rodziców, aby wstąpić do wojska polskiego jako ochotnik. Tu i ów­dzie było widać żołnierzy modlących się, nawet na kolanach, na murawie polanki i proszących Boga, aby Ten dozwolił im jeszcze powrócić do stron rodzinnych, do rodzinnego domu. Ale spotkałeś tam i starych bywalców wojennych, którzy na widok modlących się młodszych kolegów śmiali się z nich, szydzili, prze­szkadzali w modlitwie, a nawet po swojemu głośno przeklinali i bluźnili.

Sam czułem się jakoś dziwnie i nieswojo. Ciałem byłem w Rembertowie, ale myślą i duchem we wsi rodzinnej Szczeglinie, w domu, to znów w szkole w Pułtusku i w niedalekich okopach. Tego dnia napisałem dwa listy: jeden do domu, a drugi do pani Rosnowskiej Julii, mojej wychowawczyni seminaryjnej. Myśli moje z błyskawiczną szybkością przelatywały po głowie, a w wyobraźni zmieniały się ciągle obrazy. Czasami staje mi przed oczyma duszy cała rodzina, szkoła, a w niej koledzy, koleżanki, a nawet wśród nich widzę samego siebie. Słyszę rozmowę, widzę to, czuję. Staram się z tego otrząsnąć i tu napotykam opór, bo im więcej staram się pozbyć tych myśli, to tym więcej one mię napastują i coraz stają się natrętniejsze. Spędziłem tak cały dzień.

Pod wieczór nagle rozbrzmiewa głos dowódcy batalionu: „do broni”. Wtedy wszystka wiara zrywa się na równe nogi, wkłada rynsztunek i jak jeden mąż staje w szeregu. Dowódca jeszcze raz robi przegląd, jakby chciał przyj­rzeć się każdemu, napatrzeć, ustawia nas kompaniami i już wiedzie ku okopom. Słońce już zaszło, ściemnia się. Idziemy naprzód. W czasie skradania się ku okopom byłem nadzwyczaj wesoły. Sam się dziwiłem temu i zupełnie nie mo­głem odgadnąć, czemu mam przypisać tę wesołość. Bo moi koledzy, zwłaszcza młodzi ochotnicy idący obok mnie, szli ze spuszczonymi głowami, smutni. Je­den nawet powiedział „że się boi”, za co go wyśmiałem.

Później gdy zastanowiłem się nad ta wesołością, to doszedłem do prze­konania, iż ta odwaga chyba była mi udzielona przez samego pana majora. On właśnie swoim zachowaniem się wywarł na mnie tę równowagę ducha. Był to stary żołnierz i zasłużony w bojach z wojny bolszewickiej i światowej. Otóż i tej nocy pomimo, że bolszewicy przypuścili atak na każdym odcinku przed nami, gdzie w tej chwili słychać piekielny hałas, wrzask ludzi, strzelaninę i świst kul, co na każdym żołnierzu nowicjuszu wywiera wrażenie strachu, to on jeden zawsze spokojny, poważny, siedząc na białym jak mleko koniu, objeżdża ba­talion, dodając żołnierzom męstwa i swą cichą, a spokojną komendą, zmienia szyki. Wszędzie jest. Raz jedzie przodem, drugi raz zjawi się jak duch z tyłu, to znowu wydaje poszczególnym oficerom rozkazy, a często, gdy zatrzymamy się na chwilę, nawet rozmawia z szeregowcami. Na wszystko wokoło zwraca bacz­ną uwagę. Jest odważny, ale i przezorny.

Gdy już odległość pomiędzy nami a okopami wynosiła około pół kilome­tra wtenczas zatrzymał oddział, dał nam kilka minut wypoczynku i wydał ostat­nie przed bitwą rozkazy. Przede wszystkiem rozkazał naładować broń i nie palić papierosów. Sam zaś oddał ordynansowi swego wiernego, białego towarzysza i cichaczem ruszyliśmy naprzód. Już, już dochodzimy do ognistego koła, otaczającego nasze okopy. Już huk naszej artylerii ogłusza nas na dobre, a kule ka­rabinów maszynowych wypuszczone przez nieprzyjaciół, zbłąkane trafiają w na­sze szeregi. Nieraz tak blisko bzyknie ci koło uszu, iż myślisz przez mgnienie oka, że cię trafiła. Wtedy dreszczem zostaniesz przeszyły od stóp do głowy.

Jednak na kule człowiek prędko obojętnieje. Większe wrażenie od kuli czyni widok pierwszego trupa na froncie. Oto po opuszczeniu ostatniej wioski przed samymi okopami przechodząc, nagle pod nogami ujrzałem trupa żołnie­rza, zabitego może temu cztery godziny, gdyż dziś przed wieczorem bolszewicy zrobili wypad, przerwali na tym odcinku front, a później zostali odparci z powro­tem. Żołnierz ten leżał odarty z odzienia. Był w bieliźnie. Zrobili to bolszewicy. Tak oni postępują z trupami i niewolnikami, których odzierają do bielizny. Trup ten wywarł na mnie wrażenie okropne!

W jednej chwili poznałem okropności wojny, choćby tylko patrząc na tego trupa leżącego na gościńcu i tratowanego przez przechodzących żołnierzy, ko­nie i wozy. Po ominięciu trupa i po dojściu do równowagi zawołałem w duchu: żołnierzu, za co cię tak Pan Bóg ukarał surowo! Nie dosyć, żeś padł ofiarą dla Ojczyzny, to jeszcze po śmierci jesteś tratowany przez konie i ludzi? Za jaki to występek zostałeś ukarany żołnierzu, że nawet jednego człowieka nie znajdzie się w przechodniach, który by zlitował się nad twym ciałem, zatrzymał się na chwilę i usunął je na stronę? Nie żołnierzu! Ty spełniłeś tu tylko swoją chwalebną po­winność względem Ojczyzny! Ty przez tę śmierć, którąś poniósł przy obronie granic Polski, właśnie zmazałeś swe grzechy. Ty jesteś teraz czysty i niewinny jak lilie wodne. Teraz nikt ci nie ma nic do zarzucenia. Żołnierzu! Jednak żal mi cię bardzo! Choć sam nie wiem, jak mi przyjdzie zakończyć. Dziś to tylko mogę ci powiedzieć: „Ty coś walczył dla idei, chwała ci”, po wszystkie wieki!

Dumania te zostały przerwane cichą komendą, ale stanowczą: „w tyralie­ry”. Rozkaz wykonany. Rozsypaliśmy się w tyralierkę i na całej linii posuwamy się jednocześnie. Wiele trudności sprawiało nam to zajmowanie okopów, gdyż ogień był otwarty w całej pełni i z tego powodu co chwila musieliśmy padać na ziemię. Po bardzo mozolnym przedzieraniu się, w końcu zajęliśmy okopy. Uszczęśliwieni byli tym przybyciem nasi koledzy – żołnierze, którzy już od dłuż­szego czasu wytężali wszystkie siły dla odparcia wroga. Nawet samo przybycie nasze wiele dodało im odwagi i ducha. Otóż jesteśmy w okopach!

Władysław Kocot, „Pamiętniki i korespondencja z lat 1920, 1939-1945”, opr. Radosław Lolo i Krzysztof Wiśniewski”, Archiwum Państwowe m. st. Warszawy, Oddział w Pułtusku, Pułtusk 2009

Opr. TB

https://kresy24.pl/bitwa-warszawska-oczami-szeregowego-z-pamietnika-wladyslawa-kocota/

Tags: empire du mal, occupation par les russes, pologne
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your IP address will be recorded 

  • 0 comments