Rudy Ogon (rudy_ogon) wrote,
Rudy Ogon
rudy_ogon

Odpowiedź Krzyszofowi Janidze na recenzję pt. „Inni szatani byli tam czynni”



24 kwietnia opublikowaliśmy recenzję książki p. Mieczysława Samborskiego „Sprawcy ludobójstwa Polaków na Wołyniu w czasie II wojny światowej. Historia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Poniżej publikujemy odpowiedź, jaką Autor nadesłał do naszej redakcji 6 maja.

Oj! oberwało mi się od Recenzenta! Moim głównym grzechem wedle K. Janigi jest lansowanie hipotezy o „niemieckości” UPA nie mając żadnych dowodów, a tym samym mam „przytaczać różne fakty, które niejednokrotnie z trudem można uznać tylko za poszlaki”. Wychodząc z tego założenia zszedłem na jeszcze większe manowce, bo nie mając już absolutnie żadnych dowodów [bezwzględnie – tak wynika z treści Recenzji] uważam, że nacjonaliści ukraińscy dokonali ludobójstwa Polaków na zlecenie niemieckie. Przy tym Recenzent nie chce zauważyć, że tylko rozważam kwestię przynależności UPA i że przedstawiam szereg wskazówek, aby sam Czytelnik mógł wyrobić sobie zdanie na ten temat (s. 352) oraz że już w tytule piszę że to próba [innego] zdefiniowania przyczyn ludobójstwa (s. 62-71).

Spodziewałem się, że świadomie zamieszczając rozdział „1.3. Próba zdefiniowania przyczyn ludobójstwa dokonanych na Polakach na Wołyniu” sam wystawiam się na ataki zarówno środowiska Kresowian, jak tzw. „rewizjonistów”. Tylko fakty są takie: nie ma żadnych dowodów, że jedyną przyczyną ludobójstwa Polaków na Wołyniu, było zaślepienie Ukraińców ideologią nacjonalizmu integralnego (o niemożności percepcji piszę w rozdziałach 1.3., t. I, s. 64-65; 9.4.1.; szczególnie t. II, s. 116-117) lub wyrównanie krzywd za uciemiężenie przez władze polskie wołyńskiej ludności prawosławnej (główna teza rewizjonistów). Faktem jest też, że 76 lat po tych wydarzeniach badacze i historycy nadal sprzeczają się w tej sprawie i konsensusu nie widać. Już to powinno nowym i młodszym badaczom i historykom zainteresowanym naukowo tym tematem nasunąć potrzebę dokonania gruntownej weryfikacji dotychczasowych poglądów i postawienia nowych hipotez. Wedle zasady krytycyzmu, zasadne jest stawianie śmiałych hipotez i nieustające podejmowanie rzetelnych prób ich obalenia (falsyfikacji). Jeżeli śmiała hipoteza jest rzeczywiście „śmiała” (mam nadzieję, że moje takimi są), to jest bardziej podatna na obalenie i ustąpi miejsca bardziej obiecującej kandydatce, czego życzę moim oponentom. Ja swoje zdanie wykonałem i wzywam pozostałych do dzieła, do stawiania śmiałych hipotez, bo tylko wtedy dokona się postęp.

Zanim przystąpię do ustosunkowania się do Recenzji chciałbym wskazać, że dla mnie decydującym czynnikiem sprawczym była wojna, w której rozstrzygającymi czynnikami była armia niemiecka i okupacyjny aparat bezpieczeństwa. W 1942 roku na tym obszarze decydujące wydarzenia działy się na Białorusi. Otóż od marca 1942 r. w tej sowieckiej republice intensyfikuje działania sowiecka partyzantka. W maju 1942 r. powstaje radziecki Centralny Sztab Ruchu Partyzanckiego, w odpowiedzi w sierpniu 1942 roku Hitler wydaje słynną Dyrektywę 46 (Wytyczne do wzmożonego zwalczania bandytyzmu na Wschodzie). Na Białorusi suną niemieckie antypartyzanckie akcje za akcjami (m.in. „Bamberg”, Maikäfer”, „Adler” ), oprócz obecnych już dywizji Wehrmachtu (m.in. 203 Dywizja Rezerwowa, 707 Dywizja Piechoty) von dem Bach gromadzi znaczne siły policyjne (m.in. Sonderkomando Dirlewangera, pułki i bataliony policyjne, co najmniej 18 Schutzmannschaft Bataillons) do walki z partyzantką sowiecką. Tym czasem na Polesiu i Wołyniu w I połowie 1943 roku, zdaniem naiwnych badaczy i naukowców, samorzutnie powstaje antyniemiecka UPA, która w ciągu kilku miesięcy morduje kilkadziesiąt tysięcy Polaków, bez wiedzy niemieckich władz odpowiedzialnych za spokój i bezpieczeństwo. I żadnego z badaczy i naukowców nie interesuje, dlaczego Niemcy tak dbający o spokój na zapleczu białoruskim, pozwalają na tak tragiczne wydarzenia na Polesiu i Wołyniu z udziałem „wrogiej” im UWA/UPA. I żadnego z nich nie interesuje, że tak potężne Niemcy są rzekomo bezradne wobec jawnej działalności UPA. Tak właśnie postrzegają temat ukraińscy apologeci UWA/UPA. I szkoda, że wśród niektórych badaczy i naukowców polskich także znajdują poparcie dla tych niedorzecznych twierdzeń. I jest wielką szkodą, że do dzisiaj polski „świat nauki” pomija czynnik niemiecki. Tym bardziej, że samo kierownictwo OUN nie było zainteresowane prowadzeniem działalności zbrojnej do 1942 roku włącznie (piszę o tym w rozdziale 6.5). Powstaje zatem pytanie dlaczego od 4 kwartału 1942 roku nagle M. Łebedź zmienia zdanie i przystępuje do tworzenia UWA, które rodzi następne – czy to jest własna inicjatywa, czy może niemiecka? Z drugiej strony, gdyby UWA/UPA była wrogą organizacją dla Niemców, to zdusiliby ją w zarodku (przypomnę, że jeszcze w maju 1943 roku liczyły nieco ponad 4 tys. wojaków).

Niemcy nie tylko nie zlikwidowali UWA/UPA, ale moim zdaniem umożliwili jej dokonanie ludobójstwa na Polakach i zabezpieczali zbrojnie te działania upowskie. Nie jest prawdą twierdzenie Recenzenta, że istnieje tylko „koincydencja czasowa pomiędzy niemiecką akcją „Wehrwolf” na Zamojszczyźnie a szczytem ludobójczych wystąpień UPA”. W książce podaję, że w czerwcu 1943 roku Niemcy umieścili w większych ośrodkach wiejskich i miejskich dodatkowe garnizony policyjne (s. 66) oraz że zabezpieczyli przed ucieczkami Polaków granice Wołynia (wzdłuż Bugu – 5 pułk policyjny, na tzw. kordonie sokalskim – 4 pułk policyjny). Podkreślam, za Władysławem Siemaszko i Ewą Siemaszko, że na Polaków w tym czasie czekały także specjalnie przygotowane pociągi celem wywózki do Rzeszy (t. I, przypis 257 na s. 68). Ponadto, gdy w czerwcu 1943 roku na Wołyniu pojawiło się Zgrupowanie Partyzanckie S. Kowpaka, Niemcy od razu przerzucili tutaj z Białorusi część jednostek zgrupowania von dem Bacha-Zelewskiego. A więc okazało się, że mogli dokonać tego także przeciwko UPA. Powstaje zasadnicze pytanie – dlaczego niemiecki aparat policyjny i bezpieczeństwa gromadząc od czerwca 1943 roku znaczne siły na Polesiu Wołyńskim i Wołyniu dopuścił do mordowania Polaków, przez śmiertelnie im wrogą UWA/UPA? Wydaje mi się, że wszystko to przemawia na korzyść mojej hipotezy i szkoda i że Recenzent nie chciał zauważyć tych zagadnień. Z kolejnym zarzutem, dlaczego Niemcy nie wymordowali Ukraińców, przyznaję nie jestem w stanie polemizować, a na stwierdzenie, że po ludobójstwie Polaków na Wołyniu nie zauważono osadników niemieckich odpowiem, że we wrześniu 1943 roku plany kolonizacyjne H. Himmlera zostały porzucone, o czym zresztą piszę w t. I na s. 68.

Konkludując, podkreślam, że moja hipoteza nie wyklucza żadnego z dotychczasowych polskich poglądów w sprawie przyczyn ludobójstwa, ale twierdzę, że wystąpiły na wtórnych etapach (t. I, s. 70). Chciałbym zauważyć, że jakkolwiek te sprawy są ważne z naukowego i politycznego punktu widzenia, to są jednak tematami pobocznymi książki.

Rozumiem, że moje „wskazówki” na temat przynależności UWA/UPA do niemieckiego systemu wojskowego lub policyjnego nie znalazły uznania Recenzenta. Ale dlaczego a priori, odrzuca, tego nie jestem w stanie dociec. Absolutnie też nie zgadzam się z twierdzeniem Recenzenta, że przytoczone przeze mnie fakty „z trudem można uznać za poszlaki”.

Historycznie rzecz ujmując, UWO i OUN od 1921 roku była finansowana w przeważającej większości przez Abwehrę. Nikt nie ma wątpliwości, że w skład niemieckich formacji wchodziły ukraińskie: legion Suszka (t. I, s. 116), bataliony „Nachtigall” i „Roland”, tzw. policja M. Borowecia (Einheit Pollisska Sitsch) (rozdz. 3.1.), na wschodzie znaczna część ukraińskich wojskowych i policyjnych jednostek zbrojnych wchodziła w skład Ukraińskiego Wyzwoleńczego Wojska (rozdz. 6.2.), a ponad 70 tys. Ukraińców służyło w hilfpolicji (t. I, s. 267). Okazuje się, że wedle ukraińskich (i nie tylko) historyków tylko jedyna UWA/UPA miała mieć na wskroś antyniemiecki charakter, być śmiertelnym niemieckim wrogiem? Jakoś umyka nam fakt, że utworzył ją agent Abwehry M. Łebedź z pomocą oficera Abwehry R. Szuchewycza. Na Wołyniu UWA tworzył inny oficer Abwehry O. Łucki i ponad 23 ukraińskich agentów Abwehry, w tym: Ju. Stelmachowicz, I. Łytwyniuk, F. Worobeć i naczelny kadrowy UWA/UPA Ilja Tkaczuk (t. I, s. 403; t. II, s. 198-199). Ponadto, jedynym szefem sztabu wojskowego był L. Stupnycki, który bezpośrednio przed objęciem tej posady był komendantem hilfpolicji w Równem (t. I, s. 273).

Jak wynika z kontekstu wydarzeń UPA mogła być tylko formacją partyzancką lub typu wojskowego albo policyjnego. Pominę te argumenty, które dezawuują jej charakter partyzancki skupiając się na tych mówiących o regularnej jednostce. UPA na Wołyniu w 1943 roku działała jawnie (t. II, s. 41, 244), a nie bez znaczenia jest fakt, że dowódca UPA – D. Klaczkiwski miał do dyspozycji samochód osobowy i poruszał się po terenie w mundurze niemieckim (t t. I, s. 317; t. II, s. 41). Niemieccy oficerowie Abwehry twierdzili, że organizację wojsk [UWA/UPA] i szkolenie przeprowadzono według modelu niemieckiego (t. I, s. 353, 384) i że na Ukrainie zainstalowano trzy grupy uderzeniowe: Północną, Centralną i Południową, co odpowiada Grupom Wojskowym: „Zahrawa”, „Turiw” i „Bohun” (t. II, s. 353 t. I; s. 26). Wreszcie, że funkcjonowały trzy duże garnizony wojskowe (rozdziały 7.5.1., 7.5.2., 7.5.3.). Już te informacje pozwalają z czystym sumieniem na rozważanie, czy UPA wchodziła w skład niemieckich formacji. Ale przytoczyłem w książce szereg wiadomości szczegółowych wzmacniających taką hipotezę. M. in. chodzi przede wszystkim o to, że rekrutację prowadzono głównie przez powszechne mobilizacje (t. I, s. 394, 429, szczególnie polecam s. 430, 435; t. II, s. 202-205; 441-442, 480, 500-502) w sposób jawny i wedle wymogów regularnych formacji: karty mobilizacyjne wysyłano pocztą publiczną (t. II, s. 204), kwalifikowały komisje lekarskie (t. II, s. 89). Rekrutację prowadzono w takich samych środowiskach jak przy pozyskiwaniu szucmanów do Schutzmannschaft (rozdz. 7.5).

O charakterze jednostki regularnej szczególnie zaświadczają rozwiązania w zakresie prowadzenia zabezpieczenia w żywność i artykuły gospodarcze. Otóż w magazynach obowiązywały dokumenty obrotu (wz, mp); prowadzono regularnie inwentaryzacje, obowiązywały normy żywieniowe, uregulowano nawet sposób wypieku chleba (rozdz. 10.4). Niemcy dostarczali UPA broń, nawet wagonami (t. II, s. 412). Obowiązywała dokładna i szczegółowa sprawozdawczość od najniższego szczebla (oddział) do najwyższego (D. Klaczkiwski), za opóźnienia groziły kary. Funkcjonowały pisemne urlopowanie, pisemne przepustki, a nawet pisemne delegacje (rozdz. 9.3.2.). Na koniec tej części chciałbym zauważyć, że Recenzent dokonuje zręcznej manipulacji twierdząc, że ja sam piszę o niemieckim pochodzeniu UPA równocześnie twierdząc, że brakuje mi twardego dowodu. W rzeczywistości piszę, że dla ostatecznego potwierdzenia mojej hipotezy brakuje mi tylko informacji o obecności UPA w Wehrmachtowskim Ordre de Bataille (t. I, s. 352), dlatego tylko rozważam taką koncepcję. Także nie piszę, że UPA podlegała Abwehrze, a zastanawiałem się, za Ju. Radczenką, czy mogła być formacją policyjną, czy wojskową (t. I, s. 268-269).

Szkoda, że Recenzent lekceważąco odniósł się do zasadniczego tematu książki tj. odtworzenia struktur i obsad kadrowych OUN i UPA – pisze, że „jedynie niecałe trzy rozdziały na (piętnaście)” poświęcone jest tejże tematyce, nie doceniając mojej pracy. No to informuję, że same opisy oddziałów i kureni itp. jednostek zbrojnych zajęły 395 stron (rozdziały: t. I – VII, t. II – XI, XIII, XIV), tj. 34% objętości książki. Ponieważ funkcjonowały one w określonym systemie i sposobie organizacji oraz podlegały dowództwu, to konieczne stało się ich opisanie na kolejnych 213 stronach (rozdziały IX i X). Daje to łącznie 608 stron tj. 52% tekstu. Uważam, że kryterium oceny nie powinna być liczba poświęconych rozdziałów, a fakt czy wyczerpałem temat. Moim zdaniem z nawiązką. A krytykujących zapraszam do wskazania ewentualnych moich pominięć. Wydaje mi się, że skala niewiedzy o OUN i UPA w Polsce jest tak wielka, że nie pozwala na podjęcie ze mną rzeczowej dyskusji naukowej w tym zakresie. I dlatego właśnie napisałem tę książkę.

I na zakończenie odpowiem krótko. Nie poświęciłem nacjonalizmowi integralnemu całego rozdziału (jednak wyjaśniłem istotę – t. I, s. 114-115), gdyż zaprzeczyłbym sam swojej powyższej hipotezie, a w Polsce są wybitni specjaliści w tej tematyce jak chociażby prof. dr hab. Bogumił Grott i prof. dr hab. Jacek Bartyzel i wstydziłbym się naukowo ich wyręczać. Zgodnie z celami naukowymi mojej książki o działaniach operacyjnych jednostek zbrojnych (potyczki, walki, zasadzki) pisałem tylko w przypadkach kiedy powodowały one zmiany organizacyjne i kadrowe. Dlatego m.in. nie opisywałem systemowo walk UPA z sowiecką władzą w latach 1944 i następnych, zresztą jak i rzekomych (co podkreślam) 16 starć UPA z 27. WDP w 1944 roku. Trudno jest mi też polemizować z tezą o nadmiernej drobiazgowości i zajęciem się zbytecznymi zagadnieniami. W moim założeniu drobiazgowość ma ograniczać manipulację faktami, a nadmiar wiedzy nikomu nie zaszkodził.

I jeszcze jedno, moje hipotezy nie są karkołomne, szczególnie w sprawach Mizocza. Nie pisałem o napadzie „niemieckiej” UPA na Niemców. Pisałem o sierpniowym (1943 r.) napadzie UPA na Mizocz, którego celem było mordowanie Polaków i podkreśliłem, że atak nie miał na celu opanowanie cukrowni i zrabowanie cukru (t. II, s. 279). Natomiast o wydarzeniach z listopada piszę że było to wywiezienie cukru i uczynienie z cukrowni zakładu niezdolnego do produkcji (w ramach taktyki „spalonej ziemi), dla potrzeb władzy sowieckiej (t. II, s. 289). A więc była to współpraca niemieckiego zarządu cukrowni z upowcami z wykorzystaniem około 500 podwód. Nie mogę zrozumieć tej konfabulacji Recenzenta, bo poza tym cała recenzja jest pozbawiona takich cech i dosyć sensowna.

Mimo tego dziękuję za podjęcie tego tematu i wyrażam nadzieję, że jest to zainicjowanie szerszej dyskusji o książce, a także o działaniach nacjonalistów ukraińskich i sposobach ich opisów przez badaczy i naukowców historyków.

Odchodząc od odpowiedzi merytorycznej na recenzję, chciałbym napisać, że uważam portal kresy.pl za reprezentatywny dla środowisk kresowych i potomków byłych mieszkańców Kresów. Dlatego z niejakim zdziwieniem przyjąłem krytykę opisu dziejów Wołynia do 1939 roku. Czyżby w Polsce był nadmiar książek i publikacji na temat tej krainy? Ja poświęciłem tylko niecałe 40 stron i z tego powodu mam naukowe wyrzuty sumienia. Po lekturze tejże Recenzji, nasuwa mi się bezsprzecznie myśl, że środowiskom kresowym nie jest potrzebna wiedza o mordercach ich rodzin, że jest to im obojętne kto mordował, wystarczy wiedza, że byli „nieodrodnymi synami ziemi, która wydała tylu ludobójców”. Chciałbym jednak zauważyć, że na tych ziemiach – Kresach urodziło się też parę milionów Polaków narodowości polskiej. Wobec nikłego zainteresowania Recenzenta zasadniczym tematem, czyli historią UWO/OUN i UWA/UPA nasuwa mi się refleksja, że czasami warto wyjść poza opłotki i zająć się też innymi ważnymi tematami, w tym wypadku historią ludobójców.

Mieczysław Samborski

https://kresy.pl/publicystyka/odpowiedz-krzyszofowi-janidze-na-recenzje-pt-inni-szatani-byli-tam-czynni/

Tags: 2ème guerre mondiale, kresy wshodnie, pologne, racisme et nazisme, ukraine
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your IP address will be recorded 

  • 0 comments